Ex-STILO

Co porabiają teraz ex-członkowie STILO? Co działo się z nimi
po opuszczeniu zespołu? Kim tak naprawdę są, co ich ciekawi
i inspiruje? W tym miejscu będziemy próbowali odpowiadać
na te pytania.

NOWA KOMPOZYCJA MARKA DUTKI  (6.07.2013)
Niezmiennie cieszy nas aktywność Marka – zarówno na polu muzycznym, jak i saksofonowym. W sieci ukazała się właśnie jego nowa kompozycja „Sax Resolution”:
.
MAREK DUTKA ZNOWU SAKSOFONOWO (26.08.2012)

No i, szanowni państwo, Marek Dutka znów powraca na scenę jako saksofonista! Tym razem w roli autora projektu Sax On Air, utrzymanego w stylu electro-pop.
Nieco więcej dowiecie się ze strony:
Tam również wysłuchacie pierwszego singla Marka, utworu ‘The Heartclimber’.
Możecie też lajkować Marka na Facebooku:

.

.

JANUSZ W PROJEKCIE (28.03.2011)
Janusz Żukowski – saksofonista i klarnecista znany ze składu STILO odpowiedzialnego za stworzenie albumu„Lisboa Avenue” – przysłał nam właśnie linka do najnowszego nagrania, w którym wziął udział, czyli utworu „Music for J.M.”, zarejestrowanego pod szyldem daroMinu Project.
- Jest to projekt wirtualny – mówi Janusz. – Na obecną chwilę nie ma stałego składu.
Szefem przedsięwzięcia jest klawiszowiec Dariusz Brzeziński, kompozytor „Music for J.M.”. Do rejestracji utworu Brzeziński zaprosił, oprócz Janusz, gitarzystę Adama Prywatę.
- Nagranie powstało w marcu tego roku, czyli jest to świeża sprawa. Tytuł stanowi dedykację dla Johna McLaughlina [słynnego gitarzysty jazz-rockowego] – dodaje Janusz.
Wszystkich zainteresowanych nie tylko usłyszeniem „Music for J.M.”, ale i zobaczeniem nakręconego do tego utworu teledysku, zapraszamy do kliknięcia poniżej:

daroMinu Project – \”Music for J.M.\”


.

JAREK SOLOWO (1.11.2010)
Utwór perkusyjny „Latimeria” zagrany na albumie STILO
„Lisboa Avenue” przez ówczesnego pałkera zespołu
Jarka Cieślaka (fot. Robert Górka) na szczęście okazał się zapowiedzią większej całości. Jarek zarejestrował właśnie solowy album! Kilku utworów („Ziemia”, „Troglodyta”, „Wahania”, „Masyw”, „Śmigus”, „Szuler”, „Wojna”, „Upał”, „Basodarma”) możecie posłuchać tu:

Solowy album Jarka Cieślaka

Specjalnie dla gości strony Stilospace Jarek skomentował swój projekt:

- Płyta jest całkowicie autorska, łącznie z realizacją. Poza klasycznym zestawem perkusyjnym zagrałem na przeróżnych brzęczydłach i stukadłach. Wspierałem się również prostym modułem perkusyjnym, ale tylko wtedy gdy brakowało jakiegoś instrumentu i nie mogłem go zdobyć. Materiał zawiera 20 utworów bębnowych; ostatni wsparty przez basistę Grześka Borzymowskiego. Inspiracja to wciąż plączące się po mojej głowie bezdomne i szybko zapominane rytmy.
Ta płyta to taki ich wspólny dom. Teraz muszę zaopiekować się resztą, bo zdziczeją! Mnogość pomysłów też może być czasem problemem. Zależy mi na każdej opinii, forma jest nietypowa
i nie wiem, co z tym dalej zrobić. Pozdrawiam!


.

PAMIĘTACIE MAĆKA? (9.10.2010)
…Mirońskiego – perkusistę pierwszego scenicznego składu STILO? Zagrał z nami na trzech pierwszych koncertach, w 2000 roku, po czym z przyczyn osobistych i artystycznych zrezygnował
ze wspólnego grania. Ale nie z perkusji jako takiej. Dziś, po reaktywacji rockowej grupy Vahanara, szykuje się do pierwszej po ponad 13 latach sesji nagraniowej z tą formacją. Planowana jest
na listopad i grudzień. Zanim Maciek wejdzie do studia, uczestniczył pod koniec września
w zespołowej mini-sesji zdjęciowej, pod czujnym okiem fotografa Roberta Górki.
Prezentujemy jedno z „luźniejszych” ujęć, w pewnej warszawskiej bramie…
© Copyright by Robert Górka


.

MUZYKA MARKA (14.09.2010)
Korzystając z okazji, jaką jest uruchomienie nowej strony STILO, poprosiliśmy Marka Dutkę
o krótkie uaktualnienie swojego wywiadu, jaki możecie znaleźć poniżej, o informacje, co porabiał przez ostatnie lata. Marek przesłał nam kilka zdań, a na dokładkę dołączył dwa fragmenty skomponowanych, zagranych i nagranych przez siebie utworów!

Marek: Zdarzyło się wiele i niewiele. Wiele, bo moje dociekania produkcyjno-realizatorskie przekształciły się w zawód – teraz pracuję jako realizator dźwięku. A niewiele, bo choć co jakiś czas piszę nową piosenkę, to nic konkretnego z tym nie robię – jeszcze nie czuję się na siłach. Ale jestem dobrej myśli.  Na razie pokazuję światu tylko muzykę ilustracyjną, którą czasem
dla kogoś komponuję. Na przykład takie dwie rzeczy:

Marek Dutka – motyw 1
Marek Dutka – motyw 2


.

DAMIAN ORŁOWSKI i JEGO PO-STILOWE ŚCIEŻKI (1.09.2010)
Damian urodził się w Bydgoszczy. W Warszawie zdobył dyplom ukończenia studiów w klasie skrzypiec na Akademii Muzycznej
im. Fryderyka Chopina. Uczestnik i laureat konkursów skrzypcowych oraz kameralistycznych, a także wielu międzynarodowych kursów mistrzowskich – m.in. w Łańcucie, Bayreuth, Kolonii, Brukseli i Wiedniu. Koncertował jako solista
oraz członek wielu zespołów muzycznych w największych salach koncertowych w kraju i za granicą – m.in. w Niemczech, Austrii, Grecji, Belgii, Holandii, Meksyku, Korei Południowej,
we Włoszech, na Litwie i Ukrainie.
Oprócz szeroko pojętej klasyki gra także jazz, współczesną muzykę improwizowaną, klubową oraz klezmerską. Komponuje, aranżuje i produkuje.
W STILO można go było usłyszeć na albumie „Szukaj!”.
Co robił później?
Grał/gra m.in. w:  Reprezentacyjnym Zespole Artystycznym Wojska Polskiego, Klezmersach, Kompanii Klezmerskiej,
Eo Nomine.

.

ROZMOWA Z MARKIEM DUTKĄ (2005)
Marek Dutka, saksofonista, towarzyszył STILO
od jesieni 2002 roku do lata 2005.
Na odchodne Wojtek Stasiak zadał Markowi kilka pytań.

Dlaczego odszedłeś ze STILO?
Odszedłem ze STILO, bo rzuciłem saksofon.
A rzuciłem saksofon, bo już nie chcę być jego niewolnikiem. Jakoś nie umiem
w naturalny sposób wkomponować saksofonu w swoje życie, zawsze domaga się pierwszeństwa, wszystko sobie podporządkowuje i mam tego dość. Swoją drogą, bardzo się cieszę, że grałem w STILO
i że nagraliśmy niedawno fajną płytkę („Szukaj!” – przyp. WS). Trochę żałuję, że nie będę się spotykał z Wami na próbach i koncertach. Ale cóż.

To ciekawe, co mówisz, bo oglądając Cię na scenie chyba trudno było się domyślić, że przeżywasz takie katusze w związku z saksofonem. Zwłaszcza,
gdy niekiedy improwizowałeś jak szalony…
Improwizowałem, bo lubię grać, ale mam wrażenie, że bilans kosztów (wysiłku i czasu włożonego w instrument) jest bardzo niekorzystny w stosunku do zysków, przede wszystkim finansowych. Poza tym życie muzyka to ciągłe rozjazdy i nie jestem przekonany, czy ciągle tego chcę. Raczej nie.

Przychodziłeś do STILO na miejsce Alpago Polata. On grał na saksofonie, ale też
na nayu, darabuce, łyżkach. Było to różnorodne i dość egzotyczne. Wydawało się
na początku, że ta „zamiana” zuboży siłę grupy. Tymczasem stało się chyba odwrotnie. Brzmienie może się uprościło, ale za to grupa zyskała drugi obok skrzypiec pełnoprawny instrument solowy. Plus – możliwość rozgrywania niekiedy dość zawikłanych partii unisono: saksofonu i skrzypiec. Jak ty się czułeś w tej współpracy ze skrzypcami?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Generalnie miałem wrażenie, że saksofon jest „ciężki”,
i żeby przez 7/8 koncertu nie stać i nie patrzeć w sufit, to musiałem coś dogrywać. Ale te dogrywki były robione według mnie trochę na siłę i czułem się nie za bardzo potrzebny. Solówki znowu wchodziły z rzadka i czułem się z nimi bez sensu, ni przypiął, ni przyłatał.
Po prostu nie czułem się dobrze w takich rozlewnych klimatach STILO. Z Damianem granie zrobiło się bardziej dynamiczne i moja współpraca ze skrzypcami zaczęła polegać na tym, żeby za bardzo od nich nie odstawać, bo Damian ma motorek w palcach. Nie chciałem zejść do roli saksofonisty, który coś tam rzęzi, a w dodatku przychodzi mu to z wielkim trudem.
Tyle o minusach. Plusy były takie, że Damian czasem potrafi tak zagrać, że bardzo mnie inspiruje – słychać to w paru miejscach na nowej płytce. I wtedy naprawdę coś się zaczyna dziać, zresztą energia wstępuje wtedy w cały zespół i chyba wszyscy mają niezłą radochę.
Co do unisona saksu i skrzypiec, to brzmi naprawdę fajnie, bo wychodzi z tego szeroki i mocny dźwięk, w którym jest i dużo dołu, i dużo góry. Ma to swój klimat.

Z czego jesteś najbardziej zadowolony na nowej płycie „Szukaj!”?
Z trzech moich solówek – w „Szukaju”, „Jesieni” i „Melodii Wiatru”. Może pachnie to muzyczną grafomanią (melomanią) (śmiech), ale uwielbiam ich słuchać i zawsze wtedy sobie myślę,
że szkoda zostawiać saksofon. Ale cóż. Podoba mi się parę miejsc, w których grał Damian, podoba mi się kilka wstawek gitary, brzmienie basu i drive perkusji. Ogólnie brzmienie płyty też, choć mogłoby być trochę nowocześniejsze, bardziej elektroniczne. Ale to być może kwestia przyszłości – z tego co wiem, Damian ma względem tego jakieś plany.

Nagrywałeś zamknięty w drewnianej, dźwiękoszczelnej budce, mając kontakt wzrokowy z resztą muzyków albo przez szybę lub nawet kilka szyb, albo tylko przez słuchawki. To chyba nie są dla solistów idealne warunki do rejestrowania takiego rodzaju muzyki, jaki uprawia STILO?
Uwielbiam grać zamknięty w drewnianej, dźwiękoszczelnej budce, za to z szybkami
i w słuchawkach. Lubię ją za jej drewniany klimat, zapach i energię, jaką w niej się czuje.
Wcale mi nie brakowało innego kontaktu, niż mieliśmy. Było super.

Czy był podczas tych dwóch lat ze STILO jakiś szczególnie dobry moment,
który zapamiętałeś? A może odwrotnie – jakiś szczególnie zły? Mam na myśli koncert, nagranie, a może tylko jakąś pozornie nieznaczącą chwilę gdzieś
w podróży z zespołem, niezwiązaną z muzyką…
Szczególnie dobry – obiad w Lublinie, kiedy nikt nie przyszedł na koncert, i koncert ‘plenerowy’ w Lubinie. A szczególnie zły – hotel w Lubinie – przez to, że cuchnął starymi petami
i paskudnym detergentem i miał łóżko, które można z czystym sumieniem polecić duszom cierpiącym w czyśćcu. Koszmar. Dobrze, że sam koncert był fajny.

Skąd wziął się w Twoim życiu saksofon? Jak zaczynałeś? I jak to się wszystko rozwijało?
Saksofon znalazł się w moim życiu przypadkiem. Zdawałem do średniej szkoły muzycznej
na fortepian, a przyjęli mnie na klarnet. Później nie dostałem się na klarnet do Akademii,
więc kupiłem sobie saksofon. Zaczynałem na pożyczonym sopranie, grałem na nim przez miesiąc, potem pojechałem do Belgii, żeby zapracować fizycznie na tenor. Było to dawno,
w Polsce bym wtedy tyle nie zarobił. Saksofon kupiłem, a wcześniej zdążyłem się w nim
bez pamięci zakochać. Tak bardzo, że przestałem trzeźwo myśleć – jeśli kiedykolwiek trzeźwo myślałem. Nauczyłem się grać, co po klarnecie przyszło łatwo. Chadzałem na jamy do klubu Akwarium, tam poznałem perkusistę Władka Jagiełłę. Grałem z Kontraburgerem (na początku jego istnienia), potem z Kapelem, dwa koncerty z Vahanarą, zresztą chyba bardzo udane. Potem przestałem grać, bo się sfrustrowałem brakiem sukcesów, to znaczy – nie miałem
z czego żyć i większą część dnia pochłaniała mi znienawidzona praca nie-muzyczna.
Poza tym nie podobało mi się, że muszę siedzieć w zadymionych salach i grywać standardy
do kotleta. Zająłem się własnymi produkcjami. Potem wyciągnąłeś mnie z saksofonowego lamusa i przez dwa latka graliśmy sobie w STILO – tu dopiero rozwinąłem skrzydła,
ale i dotarło do mnie, że chyba jednak nie chcę grać na saksofonie. Przynajmniej na razie,
bo fujarka odsysa ze mnie za dużo energii. Może kiedyś do tego wrócę, na swoich warunkach,
a może sobie odpuszczę. Dzień jest za krótki, latka lecą i siły nie te (śmiech).

Czy miałeś jakichś mistrzów saksofonu, na których się wzorowałeś, albo których przynajmniej z upodobaniem słuchałeś?
Moim idolem był John Coltrane. Spisywałem sobie i grałem jego solówki, poza tym przez parę lat słuchałem go niemal bez przerwy i chyba wtedy zrozumiałem, jak poznać, czy muzyka jest dobra, czy do dupy. Od razu wyjaśnię – dobra jest wtedy, kiedy jest prawdziwa, kiedy nie ma smędzenia, tylko konkrety. U Coltrane’a to słychać. Jego granie jest dla mnie punktem odniesienia, tak, że od razu wiem, kiedy ktoś oszukuje, a kiedy gra naprawdę. Może
nie wyczerpuje to tematu dobrej i złej muzyki, ale dla mnie stanowi podstawę. Najpierw muza musi być prawdziwa, potem dochodzi reszta. Mistrzów jeszcze było kilku, ale nie wiem, jak się nazywali, bo po prostu spisywałem solówki, które mi się podobały i je sobie grałem, przy czym zwykle nie miałem pojęcia, kto to jest. Ale grali super i pięknie.

Wspomniałeś Władka Jagiełłę, seniora polskiej perkusji jazzowej. Na przełomie tego i poprzedniego stulecia grałeś w jego zespole. Jak wspominasz ten czas?
I kiedy to dokładnie było?
Nie pamiętam, w jakich latach. Na przełomie moich lat dwudziestych i trzydziestych. Ten czas to był odjazd. Na pierwszym graniu z Władkiem (i Bocianem) w Remoncie jacyś kolesie rzucali w nas kulkami z papieru, bo przez nas odwlekała się ich upragniona dyskoteka, a nasza muzyka pewnie im przypominała kociokwik. Dlatego zagraliśmy tylko jeden z przewidzianych dwóch setów. Wtedy też zacząłem dostrzegać dla innych pewnie oczywiste zjawisko, że ciężki los czeka zespół, który się rozmija z oczekiwaniami publiczności. Tak na marginesie, chyba dotyczy to i Stilo, bo ostatnio puściłem nową płytkę koleżance, która stwierdziła, że jest to muzyka ciężka, psychodeliczna. Swoją drogą byłem zaskoczony.

Wracając do Władka, to kiedy go poznałem, wyciągnął mnie o północy z Akwarium i poszliśmy do niego do mieszkania, w bloku, żeby przegrać parę jego kawałków. Saksofon + perkusja,
w bloku, po północy! To był odpał, bo kiedy ja próbowałem grać u siebie w mieszkaniu, zamknięty w szafie i najciszej, jak się tylko dało, nadwrażliwy sąsiad z góry „czuł, jak drgania przechodzą mu po nodze łóżka”. I wtedy wstawał z tego łóżka (był dzień), szedł do łazienki, wkładał prysznic pod wannę i puszczał wodę. Dlatego szybko przestałem ćwiczyć w bloku. Władek pokazał mi, że można mieć siedem dych na karku i być totalnym wariatem. Co prawda wtedy nie czułem się zbyt pewnie z fujarką i nie grałem długich solówek, a szkoda, bo było pole do popisu. Ale wystarczało mi, że Władkowi podoba się, jak gram, i że mogłem sobie pograć np. z Fazim Mielczarkiem – bardzo mi to imponowało, bo nie dorastałem mu do pięt. Władek to fajny facet, wali prosto z mostu i lubi, kiedy jego granie rusza ludzi – czyli że zaczynają tańczyć. Ja też to lubię – chyba najbardziej. Tak jak na koncercie STILO w Ostrawie.

Zaraz, zaraz. Powiedziałeś przed chwilą, że grałeś w szafie?!
Grałem w szafie w chwilach desperacji. Na szczęście rzadko, bo w szafie jest duszno i nie da się długo grać, zwłaszcza na klęcząco (w szafie była górna półka). Za to przez jakiś czas grałem od 7-mej rano do szafy. Było to bardzo upierdliwe dla otoczenia i szczęśliwie skończyłem z tym zwyczajem.

Swoją drogą, sam mówiłeś, że uwielbiasz grać w zamkniętej budce…
Mogę grać w szafie, skoro wszystkim przeszkadza trąbienie, ale nie ma to nic wspólnego
z graniem w zamkniętej budce. W tym kontekście szafa nie służy do grania,
ale do przetrwania.

Czy już wiesz, co zrobisz ze swoim saksofonem?
Na razie planuję zatrzymać go na pamiątkę albo na lepsze czasy, za dobrze brzmi, żeby się go pozbywać za bezcen. Poza tym, jeszcze jest porządnie naładowany moją energią
z ostatnich kilkunastu lat, więc szkoda go trochę oddać na poniewierkę. Póki co, ma u mnie ciepły kąt.

Wierzysz w energię zgromadzoną w rzeczach, albo miejscach?
No jasne. Niektórzy twierdzą, że obraz Matki Boskiej Częstochowskiej jest cudowny dlatego, że tłumy ludzi zostawiają tam swoją energię. Nie wiem, czy tak jest na pewno, ale skoro zapach zostaje w rzeczach, to dlaczego i nie energia?

Saksofon idzie więc w kąt, a czy muzykę też odstawiasz na bok?
Jak mógłbym?! Nie odetnę przecież sobie dopływu tlenu. Piszę piosenki pop dance.
Mam nadzieję, że ładne.

Pop dance?!!! Ludzie pamiętający Cię ze STILO, mogą w tej chwili spaść
z krzeseł!
Tak, pop dance. Jazz był w moim życiu tylko wycieczką, od dziecka fascynowało mnie disco. Wracam więc do korzeni – po jazzowej wycieczce będą za to trochę podbarwione na czarno.

Nie wyłgasz się tak łatwo. Jak to disco? Byłeś diskomanem? Królem parkietu?
Coś chyba kręcisz i założę się, że nie obejrzałeś nawet raz „Gorączki sobotniej nocy”.
Widziałem „Gorączkę”, raz. Diskomanem nie byłem, królem parkietu bywałem i lubię potańczyć. Bardzo też mnie ruszała (i rusza) głośna muza w dyskotece, zwłaszcza doły (niskie dźwięki). Melodie, które mi przychodziły do głowy i które sobie grałem na pianinie, były raczej bliskie disco. Poza tym, jeśli czegoś słuchałem (zanim poznałem Coltrane’a), to głównie popu
i trochę klasyki. Dlatego pop dance jest mi bliski i ze wszystkiego, co da się dziś usłyszeć, rusza mnie najbardziej – tylko musi być ładny. A zdarzają się kawałki, które mnie powalają. Na przykład jakiś czas temu pojawił się „The Sun Is Shining Down On Me” DT-8 – po prostu odpał. Pewnie latem to będzie przebój.

Sam jestem fanem klasycznego disco z lat siedemdziesiątych – zwłaszcza typu Boney M. czy Bee Gees. A już taki utwór Abby „Dancin’ Queen” uważam
bez obciachu za arcydzieło muzyki pop. No, ale tam jednak grali żywi muzycy, podczas gdy obecnie królują komputery, albo superprodukcje wysterylizowane
w meganowoczesnych studiach nagraniowych, również tych domowych. Jest w tych wszystkich maszynach coś mocno nie-ludzkiego…
Też mnie to martwi i najbardziej chciałbym móc kiedyś nagrywać żywe instrumenty, zwłaszcza sekcję. Póki co uczę się na dobrodziejstwach natury (czyli w dzisiejszych czasach
są to komputery). Cóż mi pozostało?

Opowiedz więc coś o tej swojej muzyce tworzonej na współczesnych dobrodziejstwach natury.
To są po prostu piosenki, miłe dla ucha i fajne do tańczenia. Przynajmniej w założeniu.
Cały kłopot w tym, żeby je ładnie wyprodukować. Tu się zaczynają schody – oby do nieba (śmiech).

Dlaczego?
Bo usiłuję uzyskać brzmienie takie, jakie słyszę u innych, i nic mi z tego nie wychodzi.
I nie wiem, czy to kwestia materiału wyjściowego, czyli sampli, czy obróbki poszczególnych ścieżek i miksu. Cały czas zgłębiam temat, ale na razie bez spektakularnych sukcesów.
Liczę na to, że tak jak w przypadku instrumentalisty, brzmienie przychodzi z czasem.
Oprócz brzmienia jest wiele innych elementów – o wielu pewnie jeszcze nie wiem, a warto by.
Niech to już wyczerpie ten temat, bo nie mam tu zbyt wiele do powiedzenia.

Czy te swoje elektroniczne produkcje pichcisz pod pseudonimem Alphatrance, tak jak to miało miejsce, gdy przychodziłeś do STILO?
Nie, z Alphatrance na razie dałem sobie spokój. Nowej nazwy jeszcze nie ma.

A przy okazji – co znaczyło Alphatrance?
Pewnie trans na falach alfa. Ale patrząc z boku, chyba nazwa nie przystawała do zawartości kawałków, bo w ten trans to tylko ja wpadałem… (śmiech)

Jakie masz największe muzyczne marzenie?
Chyba takie, żeby nagrywać płyty, które się będą bardzo podobały i będzie je kupować mnóstwo (najlepiej miliony) ludzi. Nie wiem, czy nie przesadziłem (śmiech).

A co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?
Ostatnio się trochę pogubiłem i nie wiem. Chyba żeby mieć poczucie, że je dobrze przeżyłem
i parę spraw posunąłem do przodu. Oczywiście zakładając, że miałem jakieś sprawy
do przodu posunąć.

.

Dodaj do:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Print